Prologue - Między prawdą a kłamstwem
1 listopada 1993 roku
Pod Instytutem panował wielki ścisk. Tłum dziennikarzy przepychał się między sobą. Wszyscy chcieli zobaczyć profesora Rivers'a. Po chwili pojawił się gwóźdź programu. Nieco zmieszany wilekością tłumu poprawił krawat i usiadł za wielkim stołem. Rozpoczęła się konferencja prasowa.- Abigally Jensen, gazeta "Granice Nauki". Panie Rivers, co skłoniło Pana do stworzenia ludzi z dodatkiem zwierzęcego DNA? - zapytała czarnoskóra dziennikarka.
- No, cóż - profesor wziął głeboki oddech. - Świat się zmienia i współczesna technologia pozwala nam na taki ruch. Dokładny powód mojego badania zachowam dla siebie - uśmiechnął się szorstko.
- Andrea Mortal, gazeta "Przyszłość Nauki". Czy pański eksperyment zakończył się sukcesem? - padło kolejne pytanie z końca sali.
- Tak, możemy mówić o pełnym sukcesie. Wczoraj skończyliśmy pracę nad dwójką hybryd. Ich DNA połączyliśmy z genami wilków.
- Jack Hamlinton, portal "Z nauką w lepsze jutro". Panie profesorze, czy stworzone przez Pana hybrydy będą przypominać wyglądem wilki?
- Raczej nie. Staraliśmy się wszczepić im DNA z cechami motorycznymi, takimi jak szybkość, siła, zwinność itp. Jedyne co mogą odziedziczyć z wyglądu to kolor oczu lub wielkość i długość zębów. - Profesor przełknął ślinę. Nie mówił do końca prawdy.
Konferencja trwała ponad dwie godziny. Rivers szybko udał się do swojego gabinetu. Nie lubił błysku fleszy i całego przepychu wokół jego osoby. Niespodziewanie do pomieszczenia wszedł silnie zabudowany mężczyzna około dwudziestki. Rzucił profesorowi niezbyt miłe spojrzenie. Za nim weszła szczupła brunetka o długich, czerwonych paznokciach. Kłapnęły drzwi.
- Nie mogliście przyjść później? Jestem zmęczony - pan Rivers ziewnął głośno. Nie miał ochoty rozmawiać z gośćmi. Czy ich znał? Oczywiście. I niestety, wiedział po co przyszli.
- Nie udawaj idioty, Ed. Wiesz dobrze po co tu jesteśmy.
- Nie udaję, Paul. Wiem, co obiecałem i słowa dotrzymam. Poczekaj, aż staną się dorosłe. Wtedy przyjdź tu.
- Mam czekać 20 lat?! Chyba żatujesz! - krzyknął mężczyzna, jednak automatycznie się uspokoił, czując na ramieniu dłoń swojej narzeczonej.
- Kochanie uspokój się. Edward ma rację. Teraz one są nic nie warte - powiedziała melodyjnym głosem kobieta, a w profesorze się zagotowało. Nic nie warte?! Owoce jego wieloletniej pracy nad genetyką, nic nie warte?! Jednak żeby nie rozłościć jeszcze bardziej Paul'a zacisnął ręce w pięści i powiedział:
- To prawda. Teraz są jak normalne noworodki - bezsilne i bezbronne. Do niczego ci się nie przydadzą.
- Zgoda - Paul zrzucił rękę kobiety z ramienia. - Wrócę tu później. Chodź Olivio, idziemy - złapał kobietę w talii i przyciągnął do siebie - A ty, - wskazał na Edward'a - stwórz jeszcze kilka nowych. Muszę mieć ich dużo - powiedział i wyszedł trzaskając drzwiami.
Profesor Edward usiadł za dębowym biurkiem. Chwycił telefon i wystukał numer do swojego domu. Czekając na połączenie, spoglądał na zdjęcie w ramce. Przedstawiało ono jego i Madeline - jego żonę. Stali razem odwróceni bokiem do aparatu. On obejmował ją w talii i opierał głowę o jej ramię. Ona uśmiechała się od ucha do ucha obejmując rękoma swój ciążowy brzuch. Zdjęcie zostało zrobione dwa miesiące temu, kiedy Madeline była w szóstym miesiącu ciąży. Termin ma na pierwszą połowę grudnia. Długo marzył o potomstwie. Jego marzenie się spełniło. W słuchawce usłyszał głos:
- Tu Edward i Madeline Rivers. Nie możemy odebrać. Zostaw wiadomość - rozłączył się. Nie chciał jej denerwować. Ze zmęczenia przetarł oczy i głośno ziewnął. W oczy rzucił mu się stos dokumentów do przejrzenia. Godzina 23.40. Dlaczego tak póżno siedział w gabinecie? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz